Niewiarygodny wyczyn na wodach Bałtyku stał się faktem. Po latach walki i czterech nieudanych próbach, polski pływak dokonał czegoś, co dotąd wydawało się niemożliwe.
W drugi sierpniowy wieczór na plaży w Dziwnowie rozegrały się historyczne sceny. Po blisko dwóch i pół dobie spędzonych w chłodnej otchłani morskiej, Bartłomiej Kubkowski stanął na stałym lądzie. Choć organizm odmówił mu resztek sił, z opresji wyszedł zwycięsko – o własnych nogach pokonał ostatnie metry, przełamując opór fal po trwającej 56 godzin batalii i pokonaniu niesamowitego dystansu około 170 kilometrów.
Porażki z lat ubiegłych, kiedy wycofywał się przez sztormy czy skrajne wycieńczenie zaledwie kilkanaście kilometrów przed finiszem, tylko zahartowały jego determinację. Zmagania wystartowały w ostatni dzień lipca po szwedzkiej stronie. Podczas całego wyzwania sportowiec nie mógł nawet na moment oprzeć się o towarzyszącą mu jednostkę – wszelkie płyny i pożywienie serwowano mu z pokładu na długim kiju.
Tegoroczna edycja maratonu miała też głębszy sens. Każdemu pociągnięciu ramion towarzyszyła zbiórka funduszy na podopiecznych organizacji wspierającej osoby zmagające się z chorobami nowotworowymi.
Historyczny wyczyn Kubkowskiego to nie tylko spektakularny sukces sportowy i dowód na niezwykłą siłę ludzkiego ducha. To przede wszystkim dowód na to, że cierpliwość i konsekwencja pozwalają przenosić góry, a w tym przypadku: pokonać bezkresny i nieprzewidywalny Bałtyk.
Foto: prywatne fb Bartłomieja Kubkowskiego




